World of impurity Strona Główna


Poprzedni temat «» Następny temat
Chatka Puchatka
Autor Wiadomość
Rudolph
Velveteen
PAN Diabeł


Imię i nazwisko: Rudolph Domsky
Rasa i grupa: Demon, ROT
Wiek: 20-25
Orientacja: aseksualista do pierwszego razu
Typ: 50/50
Pan|sługa: -/-
Ekwipunek: marker, zippo, gumy do żucia, gumka do włosów, trochę kasy, znudzenie i zmordowanie
Obrażenia: szramki na rękach, nogach i pachwinach, kilka siniaków w okolicach lędźwi, obolały mały palec u stopy
Aktualny ubiór: wielobarwna bluza, czarna koszulka na rękaw 3/4, niemęskie jeansy kroju 'jajogniotów', czerwone trampki, chusta na mordzie.
Fabularnie: drażni Danonka.
Dołączył: 11 Sty 2014
Posty: 37
Wysłany: 2014-01-23, 16:59   

Poza ich rozpraszającą obecnością, w mieszkaniu panowała prawie absolutna cisza. Rozgościła się tu już dawno i była jakby drugim, prawowitym właścicielem czterech kątów, w których zazwyczaj demon ukrywał się przed światem i następstwami własnych decyzji. Przez znakomitą część wygnania, wybrawszy samotność i powolne dążenie do aktualnego stanu, Rudolph przyzwyczaił się do milczenia tak bardzo, że teraz czuł się wręcz nieswojo, gdy w sypialni rozbrzmiewały głosy. Rudy płomień wraz z bagażem pytań i odpowiedzi, zainfekował wszystko, czego dotknął. Sam jeden był jak obecność pięciu Rudolfów, a jeszcze nadmiarem wystawał poza krawędź swojej roli.
Czarnowłosy był ignorantem w sprawach biologii i hydrauliki ludzkiej, jako takiej. Znał się na tym, co zdawało się być niematerialne, jednak cała otoczka, poza ostatnią, zewnętrzną warstwą skóry, była dla niego jak ogół wiedzy dla człowieka bez ciekawości – istniała, coś tam dawała i to tyle z teorii. Rhiannon mógł sobie mieć własne wytłumaczenia stanu, mógł go mamić naukowymi stwierdzeniami i teoriami, jednak dla Rudolpha jednoznaczność pozostawała jednoznacznością. Gdy uczuł erekcję chłopaka, wcinającą mu się w pachwinę jak niedopasowany puzzel, wygiął wargi w paskudnym uśmiechu i wstrzymał na chwilę powietrze w płucach. Ciepłe usta znaczyły mokrym szlakiem jego szyję, ale nie koncentrował się już na podobnych drobnostkach. Uniósł biodra, nacierając nimi na pobudzonego Rhiannona w sposób o tyle jednoznaczny, że ten nie powinien mieć trudności z odczytaniem jego jasnych, klarownych intencji.
Dzięki wszystkiemu – nie miał.
- Ktoś kiedyś będzie musiał jej poszukać. Osobiście, nie widziałem w życiu duszy demona. Nie wiem, czy takie istnieją i jak smakują. Zdaje się, że jakaś wasza kultura ze starszych czasów próbowała sobie tłumaczyć nasze instynkty zapełnianiem pustki pomiędzy żebrami. Może coś w tym jest?
Jednego był pewien – nawet, jeżeli posiada duszę, nie jest ona tak smakowita, jak ludzka. Coś, co nie zdawało się być przydatne, natychmiast traciło na wartości.
Rhiannon ujarzmiał go jak małego, ledwo silnego byczka. Porównanie nabierało siły w momentach, gdy postanawiał, może przypadkowo, przenieść rozkoszny ciężar ciała na ręce i cała odpowiedzialność za ich względny pion spadała na Rudolfa, który i tak już wkładał spory wysiłek w to, by nie lec jak długi pod komendą wprawionych w dawaniu przyjemności palców. Wcześniej, gdy opuszki wdarły się między łopatki i zadrapały skórę, Rudolph odczuł jedynie chwilowe, słodkie podniecenie kumulujące się w pachwinach i chłodno-gorący dreszcz maszerujący po kręgosłupie. Teraz, gdy ten nieumyślnie pokazywał mu, że jest niby-górą, by po chwili pchnąć go władczym gestem w biel i sztywność pościeli i zatopić gorąc warg na jego wzwodzie – Rud nie potrafił tego nawet nazwać. W jednym momencie pragnął dotykać chłopaka całym sobą i odsunąć się, czy czuć tylko kroczem. Niezdecydowanie zacisnął dłoń na materiale.
- Nic szczególnego. Anioły istnieją na Ziemi jedynie po to, by je łapać i sprzedawać. Nagina się ich wolę do aktualnych potrzeb tego, kto da więcej.
Piekielny uśmieszek rozlał się zadowoleniem na dolnej partii gęby demona. Zaraz potem runął ciałem na łóżko, zatapiając się w białej miękkości.
- Ssij, Płomyku. Dość już rozmów o niczym i odwlekania.
Pchnął biodrami, jednoznacznie okazując nutę zniecierpliwienia, która zagrała mu pomiędzy żądzami. Nie potrafił zmusić się do grania bezuczuciowego drania, na którego nie działały sztuczki dziwki pokroju Rhiannona. Z sekundy na sekundę oddychał ciężej, chaotyczniej reagował, milczał. Nie pozostało mu wiele do powiedzenia, noc zaś zapowiadała się na długą i pełną doznań. Jeszcze będą mieli czas, by wymieniać uwagi i kierować się ciekawością międzygatunkową.
Dotyk języka połaskotał go w dolną część żołędzia. Samotne masturbacje w ogóle nie uciekały się do oralnej przyjemności dawanej przez drugą osobę.
Rhiannonie, nie zostaniesz zapomniany już nigdy.
_________________
 
     
Rhiannon
Cichodajny chłopiec
Parkometrowa Wróżka


Imię i nazwisko: Rhiannon Sean O'Connor
Rasa i grupa: Człowiek | Towar klasy B
Wiek: 20 lat
Orientacja: Heteroseksualna... jeszcze.
Typ: 50/50
Miłość: jest złudzeniem.
Pan|sługa: brak | brak
Ekwipunek: Przeziębiony
Aktualny ubiór: Z Rudolfem.
Fabularnie: Havoc
Dołączył: 11 Sty 2014
Posty: 29
Wysłany: 2014-01-23, 23:52   

Moje majtki pofrunęły gdzieś w siną dal. Byłem odziany w ciszę i gwałtowny oddech Rudolpha. Otuliłem się szalem jego westchnień, wpiąłem w uszy kolczyki błyszczących, pociemniałych od chorego pożądania oczu. Zawiesiłem sobie na szyję kolię z kąsających ją zachłannie, ostrych zębów diabła. I poczułem, jak gwałtownie, nachalnie wciska mi sam siebie, wypychając biodra. Jak na laika, robił to nader umiejętnie, wykorzystując moje podniecenie.
Czy to była cecha rasowa?
Znaleźć najsłabszy punkt i dręczyć bezlitośnie?
Czułem się, jakbym z premedytacją dotykał językiem chorego zęba. Bolało mnie to, co robiłem, ale zarazem miałem niejasne poczucie ekscytującej przyjemności. I za nic nie mogłem skończyć tego, co już raz zacząłem.
Brałem go w usta głęboko i zachłannie, pomijając eschatologiczne dywagacje na tematy demonicznych dusz oraz predyspozycji tychże. Nie interesowały mnie anioły i ich przeznaczenie na tym łez padole. Co więcej, nie interesowały mnie w tym momencie diabły. Gwoli ścisłości, nie obchodziło mnie nic w całym kosmosie, prócz twardego penisa Rudolpha w moich ustach. Skuliłem się przy jego biodrach, całkowicie poświęcając czynności. Ująłem go w obie ręce, nakierowując, zaś sam całym ciałem to podnosiłem się, to opadałem. Moje wargi ściśle przylegały do powierzchni gumy, ale z wprawą godną fachowca nie dotykałem go zębami. W pewnym momencie umyślnie zahaczyłem go, zerkając w górę, by sprawdzić, jak efekty odbiją się na jego twarzy.
Odbiły.
A jakże.
Zamarłem. Przeszył mnie elektryzujący dreszcz, jakbym wepchnął mokrego palca do kontaktu. Zadygotałem, boleśnie czując, że wcale nie jest to wina napływającego od okna zimna. Rudolph był lekko zarumieniony, usta miał suche i czerwone od zachłannie wymienianych pocałunków oraz mojej krwi. Niebieskie oczy przypominały sztorm na pełnym morzu, ciemne i burzliwe. Nigdy nie interesowało mnie to, CZY i JAK moi klienci przeżywają rozkosz.
Rudolph przeżywał cicho i intensywnie.
Był w swojej rozkoszy tak cichy i tak intensywny, że aż paradoksalnie zechciałem ssać go, dopóki nie zemdleję z wycieńczenia, ale i zwymiotować. Przede wszystkim jednak nabrałem chorej, nieracjonalnej ochoty na coś, czego zrobić mi nie wolno.
- Nie… - wyrwało mi się z ust, choć mówiłem sam do siebie.
Przestań.
Rhiannon, przestań.
Nie wolno.
Błagam, nie rób tego!
Przełknąłem ślinę, nagle czując suchość w gardle. Dygotałem. Paliły mnie policzki i szyja. Nigdy jeszcze nie byłem tak zdecydowany i tak niepewny tego, co chcę zrobić.
- Rudolphie – zacząłem cicho – czy diabły zapadają lub przenoszą choroby zdolne infekować ludzi? Mam na myśli… weneryczne?
On nie uprawiał seksu. A przynajmniej tak twierdzi. Jeśli tego nie robił, nikt mu nigdy nawet nie ssał, nikomu nie obrabiał pały, to… powinienem być bezpieczny. Tyle że to nie miało najmniejszego sensu. Co ja chciałem osiągnąć?
- Jeśli przysięgniesz, że nie jesteś na nic chory, zdejmę ją – wyszeptałem jeszcze ciszej, spuszczając wzrok. Nie śmiem mu spojrzeć w oczy.
To chyba czuł jego protoplasta, gdy leciał na łeb, na szyję z Nieba, potępiony i strącony. Anioł upadły. Symbol porażki.
Tym jestem.
Nie czekałem na jego odpowiedź, zresztą przecież obiecał mnie zabić. W tym momencie pragnąłem śmierci z jego ręki bardziej niż jego samego. Wizja infekcji wirusem HIV w obliczu śmierci będącej na wyciągnięcie ręki traci na znaczeniu. Sprawnym ruchem zdjąłem mu gumkę i rzuciłem ją na podłogę, a potem schyliłem się, wziąłem głęboki oddech jak przed skokiem do wody i połknąłem go na nowo.
Wtedy właśnie, gdy poczułem na języku słony, wciąż lekko gumowy, męski i organiczny smak jego ciała, zrozumiałem, że obaj przeżywamy swój pierwszy raz. On po raz pierwszy uprawia seks. A ja po raz pierwszy robię to bez zabezpieczeń, poznając po prawie dwóch latach na ulicy smak penisa.
Zacisnąłem wargi na czubku, poruszając szybko ręką. W pewnym momencie zacząłem po prostu sunąć lekko wargami po całym trzonie, badając fakturę delikatnej skórki. Wiem, że jest gładziutka, mam własnego. Ale, kurwa, nigdy go nie ssałem.
Delikatnie zsunąłem mu napletek wargami i skubnąłem go. W pewnym sensie bawiłem się nowym doświadczeniem, błagając w myślach Boga, by zamanifestował swoje istnienie, cisnąwszy we mnie pioruny grzmiące.
 
     
Rudolph
Velveteen
PAN Diabeł


Imię i nazwisko: Rudolph Domsky
Rasa i grupa: Demon, ROT
Wiek: 20-25
Orientacja: aseksualista do pierwszego razu
Typ: 50/50
Pan|sługa: -/-
Ekwipunek: marker, zippo, gumy do żucia, gumka do włosów, trochę kasy, znudzenie i zmordowanie
Obrażenia: szramki na rękach, nogach i pachwinach, kilka siniaków w okolicach lędźwi, obolały mały palec u stopy
Aktualny ubiór: wielobarwna bluza, czarna koszulka na rękaw 3/4, niemęskie jeansy kroju 'jajogniotów', czerwone trampki, chusta na mordzie.
Fabularnie: drażni Danonka.
Dołączył: 11 Sty 2014
Posty: 37
Wysłany: 2014-01-24, 01:18   

Jeżeli sądził choć przez chwile, że którykolwiek bóg, czy inny twór opiekuńczy, ma w tym momencie czas, by być oburzonym na jego zachowanie - Rhiannon musiał być bardzo pewnym siebie człowiekiem. Jeżeli wierzył, że to, co czyni, nie pozostanie bez echa w ostatecznym rozrachunku, musiał mieć wysokie mniemanie o swojej rudej, urokliwej osobie. Rudolf już go uspokajał- nie ma z nimi Boga. Byli tylko oni, chłód nalatujący przez otwarte okno wiele zamierzeń kotłujących się pod białym sufitem.
Przez pierwsze chwile, kiedy chłopak zabrał się do roboty, Rudolph czuł się wspaniale. Nie umiał ubrać tego w słowa, dlatego milczał, wciskając potylicę w miękkość kołdry. Oczy, szeroko otwarte, przeskakiwały niespokojnym spojrzeniem między sufitem a wierzchołkiem płomienistej czupryny. Lekki dotyk warg ślizgał się po większej części obleczonego ciasno prezerwatywą trzonu. Rhiannon nie wciskał już wzwodu do gardła, co uspokoiło i demona. Fakt, było to przyjemne i elektryzujące. Mężczyzna jednak nie umiał docenić tego odpowiednio, więc z ochotą przystał na wyznaczenie pewnych granic.
Zęby za to były… Cóż, niekontrolowanym zrywem lędźwi demon wyciął się na łóżku, by powrócić do poprzedniej pozycji, świdrując chłopaka przenikliwym spojrzeniem. Rhiannon z wprawą pokazywał mu, że głód można odczuwać względem wielu rzeczy i niekoniecznie muszą się one zawierać w pożywieniu. Chciał jeszcze i jeszcze. Pragnął, by rudzielec zahaczał siekaczami w nieskończoność, by wciskał swoje ludzkie, śmieszne kły pod skórę od nowa. Pobladły i jednocześnie poczerwieniały od rozlewającego się podniecenia, odetchnął głęboko, rejestrując przybierające na mocy pytanie.
Och. Był nosicielem?
Cóż rzec – nie przypominał sobie ani jednej, trawiącej go choroby. Nikt z jego otoczenia nie padł, jeśli zachował wszelkie kończyny i organy przy sobie, zaś ciągłość skóry nie zagrażała utratą większości krwi. Nie wiedział, czym jest strach oczekiwania na wyniki. Chciał zaprzeczyć, jednak ilość czasu darowanego mu przez chłopaka starczyła jedynie na pojedyncze kiwnięcie głową i zmianę punktu obserwacji. Uniósł się i oparł ciężar tułowia na łokciach, z pewnym niepokojem rejestrując, że końcówki grubej gumki rolują się ku górze, by w końcu puścić i uwolnić z ciasnych objęć jego penisa. Ten, z dumą daną bodaj jedynie organom demonów, majtnął się majestatycznie, nim wrócił do poprzedniego stanu gotowości. Rudolph przełknął cicho ślinę.
Rhiannon pozwolił sobie skoczyć na głęboką wodę. Głęboką w rozumieniu demona, którego umysł na ponów przeszyła ekscytacja tym, co teraźniejsze. Ponowiony uchwyt dłoni u nasady przyjął z westchnieniem, wtórny pocałunek dookoła trzonu – z bezgłośnym rozwarciem szczęk, by zaraz zacisnąć je w silnym zachwycie. Rozpalone, chmurne spojrzenie wwiercało się uporczywie w partnera, który zdawał się choć trochę rozumieć, jak ciężko było teraz Rudolfowi zapanować nad myślami. Bał się otworzyć usta, by nie wypłynęło z nich coś niepożądanego.
W chaosie słów i określeń, jasno wyklarowało się tylko jedno, trywialne jak obawa pytanie – czy on tak samo przyjmował ciepłe usta Ashley?
Teraz, gdy miał pierwsze w swoim długim życiu porównanie, mógł śmiało stwierdzić, że w kwestii seksu oralnego, po pierwsze, preferował brak niewygodnej prezerwatywy, po drugie, mógł całkowicie zaufać drugiej osobie, skoro Rhiannon go nie zawodził. Wplótł ciężką rękę pomiędzy płomień włosów.
- Zęby. – wychrypiał, poprawiając urywanym kaszlnięciem ton wypowiedzi.
- Jeszcze raz zębami.
Tu rozwarł szerzej powieki, czekając na impuls strzelający od pachwin, aż po czubek głowy. Zacisnął palce, nie ciągnąc, ni nie odciągając głowy chłopaka – po prostu trzymał w silnym, drżącym uścisku skrawek jego aparycji, z zachwytem rejestrując każde wybrzuszenie na policzku, gdy ten okręcił głowę w bok.
_________________
 
     
Rhiannon
Cichodajny chłopiec
Parkometrowa Wróżka


Imię i nazwisko: Rhiannon Sean O'Connor
Rasa i grupa: Człowiek | Towar klasy B
Wiek: 20 lat
Orientacja: Heteroseksualna... jeszcze.
Typ: 50/50
Miłość: jest złudzeniem.
Pan|sługa: brak | brak
Ekwipunek: Przeziębiony
Aktualny ubiór: Z Rudolfem.
Fabularnie: Havoc
Dołączył: 11 Sty 2014
Posty: 29
Wysłany: 2014-01-28, 19:34   

Drgnąłem. Spodziewałem się, że wrażenia po zdjęciu prezerwatywy będą różniły się od tych „z” jak niebo od piekła… ale i nie mogłem wiedzieć, że diabeł, któremu przez tyle lat skąpiono nieba, teraz targnie się gwałtownie, czując jego słodycz na wargach.
Wcisnął mi się na sekundę głębiej do gardła. Nie zdążyłem zareagować i moje zęby zahaczyły o napletek, tym razem bez udziału woli. Podniosłem oczy, by Rudolpha przeprosić za tę niefachową niedogodność, gdy okazało się… że mu się to podoba.
Zrobiło mi się na raz zimno i gorąco.
Nikt mnie jeszcze o nic tak nie prosił.
Nie zrozumcie mnie źle. Często słyszałem obleśne, w zamiarze podniecające, seksowne teksty: „Ooo, tak, bierz go, malutki, bierz go głęboko!”, „Ssij, kurewko”, „Lubisz, jak wchodzę tak głęboko, co?”, wygłaszane do akompaniamentu klapsów wymierzanych w moje pośladki. Za każdym razem robiło mi się niedobrze. Ale nikt jeszcze nie mówił do mnie tak, jak robił to Rudolph, z żądaniem, ba, nakazem, ale i zarazem słodką niemocą. Zupełnie tak, jakby był ode mnie zależny. Bo to ostatecznie ode mnie zależało, czy jeszcze raz przeciągnę zębami po jego penisie, czy lekko zacznę przygryzać trzon, zachowując się tak, jak to robi szczur w kontakcie z dużą marchewką. A on tego pragnął. Widziałem to wyraźnie.
Pragnienie wypalało go od środka. Prosił mnie. Jego słowa żądały, ale jego oczy błagały mnie o powtórzenie tego, co nieumyślnie zrobiłem. Nikt na mnie tak nie patrzył, nawet Ashley, gdy robiłem jej dobrze. Rudolph wyglądał tak, jakby miał nie znieść odmowy, jakby moje zwlekanie miało rozszarpać go na kawałki.
Więc zwlekałem.
Nie lubię torturować ludzi. Demonów również. Po prostu w odruchu desperacji złapałem się uczucia, że coś znaczę w łóżku, że ktoś chce czegoś akurat ode mnie i jest skłonny o to poprosić. Że jestem upragnionym partnerem, a nie przestrzenią między mięśniami odbytu otoczonymi nabłonkiem, pomiędzy które można się spuścić, odliczając banknoty.
Dlatego wyjąłem go z ust i nie robiłem nic, po prostu patrząc na Rudolpha. Zerknąłem mu w oczy, ale opuściłem je, porażony siłą jego spojrzenia.
Mam prawo robić to, co robię?
Głupie pytanie.
Jasne, że nie.
Pogłaskałem lekko czubek jego penisa, samym palcem wskazującym, wodząc nim dookoła tak, jak robią to piękne kobiety z kieliszkami wina, gdy chcą zwrócić na siebie w restauracji uwagę upatrzonego mężczyzny.
- Moje imię – rzuciłem chaotycznie. – Powiedz je.
Nagle chwyciłem go mocniej u nasady i zacisnąłem pięść, przesuwając dłoń do góry. Przy okazji zadrapałem go lekko paznokciami. Na tyle słabo, by nie zrobić mu krzywdy, ale i na tyle solidnie, by to poczuł. Pochyliłem się i powtórzyłem moją operację z zębami, przymykając na chwilę oczy, żeby przypadkiem nie zauważył, jak wilgotnieją, a moje tęczówki przybierają barwę szkła butelkowego.
Potem odsunąłem się sprawnie i sięgnąłem po tubkę lubrykantu. Domyślałem się, że pewnie będzie protestował.
- Jeśli robisz to naprawdę pierwszy raz, będziesz miał problemy z kontrolowaniem się. Każdy ma, kimkolwiek by nie był. To kwestia praktyki. Nie dam ci dojść zbyt szybko – powiedziałem cicho, wyciskając na dłoń solidną porcję chłodnego żelu. Część roztarłem mu na penisie, resztkę wtarłem sobie w okolice odbytu, kontrolnie wsuwając do środka opuszki dwóch palców.
Nie będzie problemów.
To jest to, czego w sobie nienawidzę. Kiedy patrzę na czyjegoś penisa i zdaję sobie sprawę z tego, że miałem ich w tyłku tyle, że wsadzenie kolejnego sprawi tylko niewielki ból. Po odpowiednim przygotowaniu można by pewnie wepchnąć we mnie nawet kij baseballowy. Szerszym końcem.
- Gotowy?
 
     
Rudolph
Velveteen
PAN Diabeł


Imię i nazwisko: Rudolph Domsky
Rasa i grupa: Demon, ROT
Wiek: 20-25
Orientacja: aseksualista do pierwszego razu
Typ: 50/50
Pan|sługa: -/-
Ekwipunek: marker, zippo, gumy do żucia, gumka do włosów, trochę kasy, znudzenie i zmordowanie
Obrażenia: szramki na rękach, nogach i pachwinach, kilka siniaków w okolicach lędźwi, obolały mały palec u stopy
Aktualny ubiór: wielobarwna bluza, czarna koszulka na rękaw 3/4, niemęskie jeansy kroju 'jajogniotów', czerwone trampki, chusta na mordzie.
Fabularnie: drażni Danonka.
Dołączył: 11 Sty 2014
Posty: 37
Wysłany: 2014-01-28, 20:17   

Dobrze się sprawował. Rhiannon był jak grzeczny pies, jednocześnie wytresowany w posłuszeństwie, jak i instynktownie krnąbrny. Rudolph zaś nie był klientem w typie despotycznego, nudnego do porzygu Pana, który nie umie unieść ciężaru oderwania się od dosłowności. Cenił inwencję, której jeszcze nie potrafił zaszufladkować. No, może nieco nie w smak mu było chwilowe zawahanie, kiedy trwając w bezruchu, wlepiali w siebie spojrzenia, jednak nie zaoponował na nic, co oferował mu rudzielec. Przyjmował garściami, chłonąc każdą kroplę rozlewającego się gorąca i nieznośnego oczekiwania na więcej.
Nie był wprawiony, owszem. Nie potrafił kontrolować pragnień i wyłuskiwać kaprysów, jednak cieszył się jak dziecko poznające świat, kiedy Rhiannon obdarzał go całym sobą. Jeżeli tak wygląda seks, przestawał dziwić się, że ludzie nie zabijali się niedługo po uświadomieniu sobie, jak mało się liczą w Świecie. Mieli dla czego żyć. Miał po co dbać, by żyli.
Rudolph otworzył usta, gdy Rhiannon wypluł ciche słowa. Znał jego imię i nie miał większego problemu ze sprostaniem zadaniu, jakie przed nim chłopak postawił. Gdy ten jednak, w odruchu ostatniego skoku na głębię, wpierw przeciągnął paznokciami po skórze, by następnie uczynić podobnie z zębami, demon skrył kły za ustami, wyginając twarz w dziwnym grymasie leniwego zadowolenia. Jeszcze tak niewiele mu było trzeba, by skończył.
Spokojnie wysłuchał chłopaka, gdy ten sięgał po buteleczkę. Śliskość lubrykantu zalśniła mu na palcach, gdy sunął opuszkiem po sterczącym penisie, odbijając skrawki wpuszczanego do pomieszczenia światła. Tej innowacji demon także nie znał, jednak podświadomie przeczuwał, że jest niezbędna, by wyszło tak, jak należy. Demon szczęknął zębami. Rhiannon popełnił jeden błąd w stosunkach z nim, oceniając swą pozycję na tyle nisko, że stanowczo zbyt rzadko oddawał spojrzenie. Oczy zaś miał idealne, by się w nie wpatrywać. Gdy wsunął śliską dłoń między swoje pośladki, Rudolph wykorzystał swoją szansę, łapiąc go w pewny uścisk i przyciągając gwałtownie ku sobie. Przywarł torsem do jego pleców, wrzynając wzwód w dolne partie kręgosłupa chłopaka i zakleszczając go między rozsuniętymi na tą okazję nogami. Otarł się brodą o wyeksponowany kark i wymruczał gardłowo.
- Śpieszysz się gdzieś, drogi Rhiannonie? Aż tak zbrzydło Ci moje towarzystwo, byś dążył do szybkiego zwieńczenia starań?
Z siłą zaakcentował jego imię, dając mu odpowiedź na wcześniejsze żądanie. Zdecydowanie nie było żadnej przeszkody, by częściej przypominał mu, że nie jest zwykłą kurwą, a właśnie płomiennym Rhiannonem. Rhiannonem, który dawał mu to, czego pragnął.
Wszelkie, potencjalne opory starał się powstrzymać uściskiem w okolicach pasa. Nie był w tym jednak brutalny. Raczej w postawie, którą objął przebijała się uprzejma stanowczość. Wolną dłonią schwycił wystającą spod napletka żołądź i przesunął palcami w dół trzonu. Delikatny dotyk podziałał na niego bardziej, niż przypuszczał.
- Powiedz mi teraz, co Tobie sprawia przyjemność. Pokieruj mną tak, byś i Ty przeżył to samo, co ja przed chwilą.
Naraz jakby doszedł do niego absurd żądania, dlatego zreflektował się krótkim pocałunkiem na słonej od potu skórze.
- Jeżeli nie chcesz orgazmu, to nie będzie orgazm.
Objął dłonią członek chłopaka i lekko, nieporadnie wciąż szarpnął nią w dół, zsuwając fałd skóry. Odsunął się biodrami dla większej swobody ruchu i począł drażnić rudzielca, szukając zębami punktu zaczepienia na jego szczupłym ramieniu.
_________________
 
     
Rhiannon
Cichodajny chłopiec
Parkometrowa Wróżka


Imię i nazwisko: Rhiannon Sean O'Connor
Rasa i grupa: Człowiek | Towar klasy B
Wiek: 20 lat
Orientacja: Heteroseksualna... jeszcze.
Typ: 50/50
Miłość: jest złudzeniem.
Pan|sługa: brak | brak
Ekwipunek: Przeziębiony
Aktualny ubiór: Z Rudolfem.
Fabularnie: Havoc
Dołączył: 11 Sty 2014
Posty: 29
Wysłany: 2014-01-30, 23:18   

Straciłem punkt równowagi, gdy szarpnął mnie w swoją stronę, runąłem do przodu, zatrzymawszy się dopiero na jego torsie i odkrywszy, że… wcale nie jest mi niewygodnie. Znajdowaliśmy się w dziwnej, intymnej pozycji, w której on siedział, przytulając mnie do swojej piersi i obejmując w pasie, a ja klęczałem z nogami szeroko rozłożonymi po obu stronach jego ud. Dopiero teraz, gdy jego penis ulokował się gdzieś w okolicy moich pośladków, zdałem sobie sprawę z tego, jaki jest twardy.
A potem z tego, co do mnie mówi.
JAK do mnie mówi.
Po raz pierwszy w życiu uznałem, że moje imię jest ładne. Nie, nie tyle „ładne”, co elektryzujące i w pewnym sensie pociągające. Tak brzmiało w jego ustach. Nawet Ashley tak nie mówiła.
- Nie spieszę – szepnąłem. – Po prostu nie chcę, żebyś doszedł za szybko. Mam na ten wieczór jeszcze sporo atrakcji.
Ale tymczasem okazało się, że to Rudolph ma atrakcje dla mnie. I to takie, że aż zamarłem w bezruchu, łapiąc gwałtownie oddech, jakby trzymał mnie ostatnie cztery minuty pod wodą. To, co powiedział, było absurdalne, tak absurdalne, że aż odchyliłem głowę do tyłu, wybuchając śmiechem. Byłem pewny, że żartuje. Albo głęboko sobie życzyłem tego, żeby żartował, żeby zachował konwenanse towarzyszące zbliżeniom klienta z prostytutką, żeby nie łamał wszelkich zasad dotyczących tychże. Chciał mi sprawić przyjemność?
Mi?
Przedmiotom nie sprawia się przyjemności. To przedmioty mają ją sprawiać. Nikt nie pyta ich o zdanie, ochotę, samopoczucie. Po prostu się ich używa. W końcu za to się zapłaciło.
Mój śmiech uwiązł mi w gardle. Wbrew pozorom naprawdę nie mam problemów z kojarzeniem faktów, szybko zrozumiałem, że jest poważny. Opuściłem głowę, znajdując się teraz nieco wyżej i patrząc na niego z góry. Oczy miał głębokie i bardzo ciemne, koloru granatu. Zdawałem sobie sprawę z tego, że w tej pozycji i w tym oświetleniu moje pewnie są w odcieniu butelkowego szkła. Lasu. Ciemnej, chaotycznej zieleni.
Dotknął mojego penisa. Jednocześnie poczułem dreszcz przyjemności, choć robił to nieumiejętnie (co w pewien sposób było rozczulające), ale zarazem i skurcz w żołądku. Przez chwilę miałem wrażenie, że ewidentnie zwymiotuję.
Pociągnąłem mocno nosem. Mogło to wyglądać na zaczątki płaczu, ale tak naprawdę miałem katar. Dopiero teraz poczułem, że mam opuchnięte gardło, a przy przełykaniu przeszywa mnie igiełkami bólu.
Gdyby naprawdę chciał mi sprawić przyjemność i rozumiał moją pozycję, pozwoliłby mi się ubrać i zostać tu do rana, pod jego ciepłą, sztywną od krochmalu kołdrą. Nie robiłby ze mną tych rzeczy. Zrozumiałby, że jestem tym rzadkim, endemitycznym gatunkiem człowieka, dla którego seks jest nierozerwalnie związany z uczuciami, co sprawia, że każdy jeden dzień w tej pracy jest niekończącą się męką.
- Gdybyś chciał sprawić mi przyjemność, pozwoliłbyś mi robić to z miłości i sam byś mnie kochał – wypaliłem bezwiednie i potrząsnąłem głową. – Nie, zapomnij. To durne. Ale puść.
Sięgnąłem pomiędzy nasze brzuchy i złapałem go za nadgarstek, powstrzymując ruchy ręki.
- Nie tutaj – mruknąłem.
Mam nadzieję, że nie zrozumie mnie źle.
Po prostu klienci mnie czasem dotykają. No, często. Pewnie w poczuciu, że sprawiają mi niewysłowioną przyjemność i wyświadczają łaskę. Ich łapy wtedy skupiają się na miętoszeniu moich pośladków i systematycznym pocieraniu penisa. Są nudni. Nie mają pojęcia o tym, że na ciele mam wiele innych, mniej wrażliwych, ale równie złaknionych dotyku stref.
Chciałem, żeby Rudolph nie był nudny. Jeśli ma mnie dotykać, to niech je odkryje.
- Lubię po szyi – wyznałem nagle, częściowo wbrew sobie. – Twoje zęby. Po szyi. Proszę.
Odchyliłem głowę do tyłu, tak jak przed chwilą, ale teraz już świadomie prezentując mu jasną, irlandzką skórę na mojej szyi i karku.
- Lubię gryzienie – mruknąłem. – Byle nie za mocno. Możesz mnie drapać. Po udach, na przykład, lubię to. Mam wrażliwe miejsca pod kolanami. Lubię, gdy się mnie liże i podgryza w okolicach pępka. Możesz mnie gryźć po sutkach, ale u-uważaj, masz ostre zęby – zacząłem się jąkać.
Naprawdę, Rhiannon. Zgiń.
- I l-lubię masaże pleców. Bardzo. – Przełknąłem ślinę. – I wzdłuż kręgosłupa. No i szyja. Najbardziej szyja.
Zacząłem mówić nieskładnie. Przy czym całkowicie prawdziwie – zwłaszcza to, co mówiłem o jego zębach. Przyciągały moją uwagę. Nie zauważyłem nawet, kiedy odgarnąłem mu z czoła kosmyki włosów i zacząłem żarliwie całować, kalecząc sobie wargi. Zadrżałem na myśl o tym, co by było, gdyby zacisnął je za mocno na moim sutku.
Albo penisie.
Poczułem dreszcz… rozkoszy.
Wplatałem palce w jego włosy. Mocno. Musiałem sprawiać mu ból, szarpałem i przeczesywałem je chaotycznie, wyrywając pojedyncze włoski. Skrawkiem świadomości zdawałem sobie sprawę z tego, że wygadałem mu moje przeklęte strefy erogenne. Szczególnie przerażała mnie ta szyja. Jeśli te jego cudowne zęby się za nią zabiorą, zacznę jęczeć jak ostatnia, najpodlejsza dziwka. Nie potrafię się opanować, gdy ktoś umiejętnie pieści mnie w tym miejscu. Jęczę, dygoczę, nie mogę tego kontrolować. Czasem nawet nadmiernie wydziela mi się ślina, co jest żenujące do imentu.
Oderwałem się od jego ust.
Łączyła nas dalej strużka śliny. Szarpnąłem głową, by ją przerwać, a wówczas skapnęła Rudolphowi na podbródek, ciągnąc się w stronę szyi. Niewiele myśląc, zlizałem ją, wbrew swojej woli zastanawiając się, kiedy zechce we mnie wejść i ile wytrzyma.
Jakby… niecierpliwiłem się?
 
     
Rudolph
Velveteen
PAN Diabeł


Imię i nazwisko: Rudolph Domsky
Rasa i grupa: Demon, ROT
Wiek: 20-25
Orientacja: aseksualista do pierwszego razu
Typ: 50/50
Pan|sługa: -/-
Ekwipunek: marker, zippo, gumy do żucia, gumka do włosów, trochę kasy, znudzenie i zmordowanie
Obrażenia: szramki na rękach, nogach i pachwinach, kilka siniaków w okolicach lędźwi, obolały mały palec u stopy
Aktualny ubiór: wielobarwna bluza, czarna koszulka na rękaw 3/4, niemęskie jeansy kroju 'jajogniotów', czerwone trampki, chusta na mordzie.
Fabularnie: drażni Danonka.
Dołączył: 11 Sty 2014
Posty: 37
Wysłany: 2014-01-31, 00:49   

Przystopował, lekko zawiedziony swym pierwszym niepowodzeniem. Odegnał wszelkie podszepty o wyrwaniu ręki i uniósł ją, posłuszny woli człowieka, ku jego szyi, by delikatnie potrzeć opuszkami. Zarysował kształt grdyki, manewrując palcem tak, by przy klatce piersiowej sunąć lekko wypukłym paznokciem. Jednocześnie objął w posiadanie języka uwydatniony kawałek skóry, kąsając zębami powierzchnię i rozcierając wszelkie, nieumyślne zarumienienia.
Nie był w tym wyrachowany, czy zakłamany w tym, co robił. Interesowny, owszem, jednak nie oszukiwał w chęci sprawienia, by i Rhiannon mógł odbierać bodźcie w podobny sposób. To nie był jego pierwszy raz i Rudolph doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Wcześniejsze przemyślenia na temat długości stażu utonęły w fali umiejętności, która rozpalała potrzebę zdobycia takiego samego doświadczenia. Pierwszy raz od momentu jasnego wyklarowania prośby, Rudolph wysunął kły i zatopił je w ciele, nie przerywając jego ciągłości. Nie miał w zamiarze ranić, tylko działać w zgodzie ze wskazówkami. Jeżeli Rhiannon rzeczywiście tak mocno skupiał się na fizyczności właśnie tego skrawka siebie, demon nie chciał przegapić szansy zdobycia pewnych podstaw.
Owszem, ciągle bał się, że skończy się to tak, jak miało w zwyczaju. Spodziewał się, że silny nacisk szczęk dotrze do tętnicy, wyrywając przy okazji kawał mięsa, który zdolne były objąć usta. Nie byłby to wszak pierwszy raz, kiedy zmarnował obce życie przez nieuwagę. Nigdy jednak nie było to na tyle intymne, by lękał się tego, co znał już tak dobrze. Wewnętrznym odruchem nie chciał zabijać rudzielca, a przynajmniej jeszcze nie teraz.
To nie była odpowiednia pora na śmierć.
Dłonie, uformowane w ciasno przylegające sondy, badały strukturę klatki piersiowej, trącając krawędziami stwardniałe (może od zimna, może nie…) sutki. Posłuszny, zsunął je po wystających krawędziach żeber i wciągniętym brzuchu, nurzając palce w nienachalnych, rudawych włoskach. Wcześniejszy pocałunek, pełen ognia i nerwów, wyzwolił w nim pewien rodzaj euforii, którą chciał spożytkować na jak największe oddanie sprawie. Język ścierający ślad zmieszanej śliny zachęcił do pochwycenia go, jednak demon nie był na tyle szybki, by zaraz po uformowaniu zamiaru, wykonać go z pełną bezwzględnością. Rhiannon, ułożony na jego ramieniu kusił. Diabły wiedzą, czy robił to świadomie, czy raczej jego naturalną postawą była kokieteria obnażonej wrażliwości, kiedy starał się grać twardego, powolutku pękając u podstaw. Istotny był jedynie efekt – ten zaś był na miarę marchewki dla osiołka.
- Rhiannonie, nie bądź dziecinny i niedorzeczny. Nie zabraniam Ci niczego, co już zdążyłeś pewnie zauważyć. Czasami tylko delikatnie upominam Cię, gdy coś mi się nie podoba… Nie wymagaj jednak ode mnie rzeczy niemożliwych. Przed chwilą wyjawiłem Ci jedną z największych tajemnic aktualnego Świata, a Ty jeszcze potrafisz mówić o miłości? Tacy jak ja nie potrafią kochać. Pomimo milenijnego stażu w życiu i odczuwaniu, tym jednym nigdy nie zostałem nigdy obdarzony.
Odczekał stosowną chwilę, by móc strofować go jak przedszkolaka, podczas gdy dłonie nieuchronnie zbliżały się do jego ugiętych nóg. Pomny wcześniejszych szeptów, przeciągnął naprężonymi palcami po skórze ud, nie zatrzymując się jednak przed biodrami i kreśląc ich urocze wypukłości. Zrobił to na tyle mocno, że różowo-blade ślady ciągnęły się niczym totemy wojenne. Zęby, osadzone na karku, ślizgały się po uprzednio zwilżonej językiem, jasnej skórze, smakując się w jej słonawo-słodkiej strukturze.
- Mów, czego żądasz. Nie krępuj się. Pomiędzy tymi ścianami jesteś tylko Rhiannonem, a ja tylko Rudolphem. Możesz udawać, albo wręcz przeciwnie – porzucić udawanie.
Schwycił go i przycisnął mocniej do siebie. Od pewnego czasu był już na tyle pobudzony, że czekanie na partnera zdawało się nieznośną karą, a nie zwyczajną uprzejmością. Demon otarł się nachalnie wzwodem o rudzielca, wyciskając na jego ustach jeszcze jeden, bolesny pocałunek. Zmienił ich pozycję na tyle, na ile pozwalało mu napięte i jednocześnie rozdygotane od podniecenia ciało. Okręcił chłopaka i wsunął sobie na rozwarte uda, przyciskając brzuch do brzucha i usta do wydatnego obojczyka.
- Pokieruj.
Wydukał, wciskając się w jego skórę, jak gdyby chciał ją przeniknąć całym sobą. To już podchodziło pod rodzaj męczącego cierpienia.
_________________
 
     
Rhiannon
Cichodajny chłopiec
Parkometrowa Wróżka


Imię i nazwisko: Rhiannon Sean O'Connor
Rasa i grupa: Człowiek | Towar klasy B
Wiek: 20 lat
Orientacja: Heteroseksualna... jeszcze.
Typ: 50/50
Miłość: jest złudzeniem.
Pan|sługa: brak | brak
Ekwipunek: Przeziębiony
Aktualny ubiór: Z Rudolfem.
Fabularnie: Havoc
Dołączył: 11 Sty 2014
Posty: 29
Wysłany: 2014-02-01, 00:09   

Ugryzł mnie.
O. Boże. Chociaż wzywanie Boga w tym momencie i w takim towarzystwie byłoby wielkim nieporozumieniem. Lubiłem, gdy robiła to Ashley, podgryzając skórę swoimi zdrowymi, równymi ząbkami a la dentysta za pięć tysięcy. Ale robiła to delikatnie, z typowo kobiecym wyczuciem siły i ostrożnością. Nie chciała mi zrobić krzywdy.
Rudolph chyba też nie. Ale był mężczyzną, miał inną, szerszą szczękę, inną siłę zacisku, a przede wszystkim inne zęby. Poczułem, jak w bok mojej szyi wbijają się ostre igły i zadrżałem, kurczowo chwytając się jego włosów. Zacisnąłem własne zęby, dygocząc i wypuszczając powoli powietrze.
To było niesamowite.
Coś do mnie mówił. Prawdopodobnie było to nawet coś istotnego, coś odnośnie tego nieszczęsnego kochania, o którym wspomniałem. Powinienem mu na to zapewne odpowiedzieć, że to wcale nie tak, że niczego nie oczekuję… ale tego nie zrobiłem. Po prostu go nie usłyszałem. Szum mojej własnej krwi w uszach zagłuszał wszystkie dźwięki – trzask framugi okiennej szarpanej ostrym zimowym wiatrem, skrzypienie łóżka, oddech Rudolpha.
Słyszałem tylko krew.
- Mocniej – szepnąłem ochryple tonem, o który siebie nawet nie podejrzewałem. Docisnąłem go do siebie mocniej, niemalże brutalnie, nagląco. – Gryź mocniej.
Jedną rękę wyplątałem z włosów tylko po to, by chwycić jego nadgarstek i poprowadzić na swoje plecy. Ułożyłem jego opuszki palców w okolicy moich lędźwi, drżąc, gdy natrafiły na wgłębienie kręgosłupa. Dałem mu do zrozumienia, że chcę, by wędrował nimi do góry, drapiąc.
To wszystko było tak obrzydliwie ekscytujące. Parszywie cudowne. Właściwie zaczynało dochodzić do mnie, że mam właśnie swój najlepszy seks w życiu, na który nie mam ochoty, który jest mi wmuszony i za który dostanę pieniądze. Powinienem czuć się beznadziejnie i tak by było, gdyby nie fakt, że chwilowo jest mi zbyt wspaniale. Dobrze wiem, że wszystko uderzy we mnie później. Jutro. Albo nad ranem, gdy doczłapię do domu i będę próbował bezskutecznie zasnąć, wiercąc się na materacu. Opowiem Prezesowi o wszystkim dokładnie i ze szczegółami.
To mój spowiednik.
Dopiero wtedy, gdy będę mówił do szczura, zdam sobie sprawę z tego, co zrobiłem i czym się stałem. Powinienem go po tym wszystkim wypuścić. Nawet szczur jest już istotą lepszą i bardziej moralną ode mnie.
Nawet jeśli szczury roznoszą dżumę, to ja rozpowszechniam zarazę kurewstwa. Powinno się mnie izolować.
Niektórzy twierdzą, że kurwy są kurwami, bo lubią się kurwić, a jako że to lubią, to łączą przyjemne z pożytecznym, żądając za to pieniędzy. I w niektórych przypadkach to jest prawda. Lubią seks, nawet z kimkolwiek, nie przykładają do niego większej wagi. Obiektywnie patrząc, nie jest to aż tak ciężka praca, w każdym razie nie tak, jak ciężkie roboty fizyczne. Prostytutki przyzwyczajają się do tego stanu, do łatwych zarobków, które są nawet pokaźne, jeśli pracuje się odpowiednio dużo i nie ma szokujących wydatków. Nawet nie chcą myśleć o innej pracy.
Ale ja nie lubię.
Każdy seks do tej pory, z wyjątkiem zbliżeń z Ashley, sprawiał mi ból i napawał wyłącznie obrzydzeniem. Dlaczego więc ten? Dlaczego mam na niego ochotę? Nie podobają mi się mężczyźni. Umiem docenić ich urodę, Rudolpha także, ale nie pociąga mnie.
Wcale.
- Zacznij wreszcie – jęknąłem mu cicho do ucha, zapraszająco rozsuwając nogi. – Mam… pomóc? Pokierować?
Dotarło do mnie, że pewnie nie będzie wiedział, jak się za to zabrać. W sumie niektóre dzieciaki tak robią. Idą na dziwki, by przeżyć swój pierwszy raz, bo za bardzo boją się wyśmiania ze strony bardziej doświadczonego partnera. Lub boją się tego, że skrzywdzą go, jeśli jest on równie zielony w temacie. Dziwka będzie terapeutycznie łagodna, a do tego sprawna, wszystko pokaże, wszystko wytłumaczy. I nie będzie się śmiać.
Dziwka samo dobro.
- Mogę? – tchnąłem mu w ucho. – Rudolph? Mogę?
 
     
Rudolph
Velveteen
PAN Diabeł


Imię i nazwisko: Rudolph Domsky
Rasa i grupa: Demon, ROT
Wiek: 20-25
Orientacja: aseksualista do pierwszego razu
Typ: 50/50
Pan|sługa: -/-
Ekwipunek: marker, zippo, gumy do żucia, gumka do włosów, trochę kasy, znudzenie i zmordowanie
Obrażenia: szramki na rękach, nogach i pachwinach, kilka siniaków w okolicach lędźwi, obolały mały palec u stopy
Aktualny ubiór: wielobarwna bluza, czarna koszulka na rękaw 3/4, niemęskie jeansy kroju 'jajogniotów', czerwone trampki, chusta na mordzie.
Fabularnie: drażni Danonka.
Dołączył: 11 Sty 2014
Posty: 37
Wysłany: 2014-02-01, 13:33   

Zacisnął zęby za skórze, zsuwając je z napiętego gardła. Zahaczał o uwydatnione mięśnie i zagłębiał się w załamaniach, jednocześnie wciągając powietrze głęboko w płuca. Nie potrafił docenić zapachu innej istoty. Oczywiście, odróżniał świeżość od przepoconego, brudnego ciała, jednak to była większa część tego, na co go było stać. Nie kierował się nosem, przyzwyczajony do mocnych, drażniących woni, wpierw piekła, teraz ulicznego gwaru i przypadkowej gawiedzi. Rhiannon jednak w tym momencie pachniał czymś, co demon chętnie nazwałby podekscytowaniem. To mogły być perfumy pomieszane z żelami, balsamami, kremami i milionem innego, niepotrzebnego zbytku, jednak nienazwana tajemnica była na tyle przyjemna i na tyle rhiannonowa, że Rudolph pierwszy raz od dłuższego czasu nie miał ochoty się odsuwać. Zmarszczył jedynie nos i potoczył językiem tam, skąd wcześniej zbierał przesiąknięte nim powietrze.
- Możesz… Powinieneś... Musisz... Nalegam.
Przesunął napiętymi dłońmi po odsłoniętych plecach, wgniatając opuszki i paznokcie w okolice kręgosłupa. Każde słowo akcentował mocniejszym ruchem, gładząc jasną skórę i każdą jej nierówność. Przywarł ciałem go jego ciała, nie kryjąc się z żadną chęcią, żadnym żądaniem. Jasno wypisane miał w pociemniałych oczach, że i on, chociaż jedynie podświadomie, nie mógł doczekać się ciągu dalszego, niecierpliwie trawiąc to, co już istniało.
Nieuważnie naciął ostrym zębem kawałek skóry, przywierając do niej ustami i chłonąc każdą kapkę ciepłej krwi. Nie było tego wiele, na szczęście jeszcze nie przesadził. Uniósł go lekko, sadzając bardziej na biodrach i przytrzymując tuż przy własnym, teraz rozgrzanym ciele. Podrażniona tym ruchem męskość zapulsowała boleśnie, trąc po wewnętrznych stronach ud chłopaka i domagając się uwolnienia spod ciężaru całego napięcia, jakie na nią spadło.
- To będzie pewnie najgłupsza rzecz, jaką usłyszałeś w ciągu całej swojej kariery, ale nie wiem, co dalej, Rhiannonie.
Odnalazł ustami jego wargi i zaczepiając je krótkimi muśnięciami, osadził chłód dłoni na ciepłych udach chłopaka. Niewiadomego pochodzenia chrypa opanowała całą werbalną część jego osoby, przez co ton wypowiedzi zlewał się w ciche mamrotanie tuż przy kąciku rozwartych, pokąsanych warg.
Nie był pewien…
Położyć go na plecy i zaspokajać się, jak w większości niegrzecznych filmów, pomiędzy jego szeroko rozłożonymi nogami? Konwenanse zdawały się być tak nudne, gdy stawało się przed ogromem możliwości i chęci. Mógł jeszcze pozwolić im trwać w uścisku, zwróconym ku sobie i łaknącym dotyku, który powodował wszelkie, miłe ciałom impulsy. Zdałby się wtedy całkowicie na rudowłosego, dbając jedynie o to, by znowu nie dopadło go wrażenie, że jego potrzeby TEJ nocy są nieistotne. Mógł zepchnąć go z łóżka, wprost na twardość drewna i przygwoździć wszelkie próby powrotów w ciepłą biel pościeli. Mógł górować nad jego plecami, mógł podziwiać twarz, pełną sprzeczności. Mógł…
Jakże to było frustrujące!
Rhiannon zapewne nigdy nie miał wątpliwości. Przychodził, robił to, co musiał, zdając się na zachcianki tego, kto sponsorował mu wieczór i szedł dalej, nie rozważając, czy coś mogło pójść inaczej. Śmieszna sprawa, jednak dla Rudolpha właśnie wyobraźnia była w tej chwili najistotniejsza. Myśl, co zrobić, by zadowolić siebie, jednocześnie nie zapominając, że tuż obok jest żyjący, czujący człowiek, który także wymaga uwagi, chociaż stara się to za wszelką cenę ukryć. Potrzeba późniejszego rozrachunku myślowego i pewności, że nie mógł zrobić czegoś inaczej, a przy tym lepiej. Clue całej sprawy. ROZMYŚLANIE, kiedy nie powinno się mieć na to czasu. Denerwował się, jakby był uczniakiem, przed egzaminem, chociaż przecież płacił za to, by było dobrze.
Cholera, był demonem, a nie jakimś tam pokomplikowanym człowiekiem!
Owszem, nie potrafił się opanować, mimo, że jeszcze nie zagłębiał się w ciepłym ciele rudowłosego kochanka. Wszystkie jego żenujące odruchy i tiki, powodowane podnieceniem i pewnym rodzajem stresu związanego z nową sytuacją były lekko niepokojące. Cielesność Rhiannona była nowym, niezbadanym lądem; jak dzika Amazonia, pełna zachwycających widoków i niebezpieczeństw.
Mmm, chciał go więcej.
_________________
 
     
Rhiannon
Cichodajny chłopiec
Parkometrowa Wróżka


Imię i nazwisko: Rhiannon Sean O'Connor
Rasa i grupa: Człowiek | Towar klasy B
Wiek: 20 lat
Orientacja: Heteroseksualna... jeszcze.
Typ: 50/50
Miłość: jest złudzeniem.
Pan|sługa: brak | brak
Ekwipunek: Przeziębiony
Aktualny ubiór: Z Rudolfem.
Fabularnie: Havoc
Dołączył: 11 Sty 2014
Posty: 29
Wysłany: 2014-02-09, 22:24   

„Możesz… Powinieneś… Musisz… Nalegam.”
Jak mógłbym się nie dostosować?
Rudolph robił dokładnie to, co mu mówiłem. To było dziwne i niespotykane – nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się, by klient wykazał zainteresowanie moimi potrzebami. Zupełnie tak, jakby moje podniecenie i chęci były oczywiste. A nawet jeśli zdawkowo zapytali, co lubię, nic ich to nie obchodziło. Rzadko kiedy mieli ochotę wprowadzać to w życie, więc zwykle po prostu tego nie mówiłem.
Teraz było inaczej.
Rudolph był ciepły i w dziwny sposób rozkosznie nieświadomy. Wykazywał entuzjazm ucznia w pierwszych dniach szkoły. Bardzo pilnego, żądnego wiedzy, wręcz głodnego ucznia. Wykonywał wszystkie moje polecenia, a ja czułem, jak moje ciało z wolna traci integralność. Zupełnie tak, jakbym wzdłuż niewidzialnych linii rozpadał się na kawałki. Pod pływem jego dotyku. Głosu. Zapachu. Atmosfery pomieszczenia, chłodu, który nagle zaczął boleśnie kontrastować z ogniem w moich żyłach. Gdy Rudolph mnie ugryzł, nie mogłem pohamować jęku.
Zatkałem sobie usta dłonią, bardziej zdumiony niż przerażony. Nigdy mi się to jeszcze nie zdarzyło. Doskonale kontrolowałem moje odgłosy, nawet gdy kochałem się z Ashley, gdzie mogłem sobie na to pozwo…
Stop.
Dlaczego ja mam go porównywać z Ashley?
Nie dowie się. Mimo całej jego nieludzkości, wątpię, by posiadał moc czytania mi w umyśle. To po prostu kwestia tego, jak ja się czuję. Ja bym nie chciał być porównywany z innymi kochankami, nie podczas mojego pierwszego razu, nie w ogóle. Myślenie o Ashley jest uwłaczające w tym momencie. Dla mnie, dla Ashley, ale również dla Rudolpha.
Odsunąłem dłoń od ust.
- Nie martw się – powiedziałem cicho. Palce jakoś tak automatycznie wplątałem w jego czarne, teraz już rozczochrane włosy. Wciąż były miękkie i jedwabiste, ale miały nieco inną fakturę. Jak sierść zwierzęcia albo włosy człowieka innej rasy. Inne. Ale to nie znaczy, że złe. – Wszystkim się zajmę. Po prostu się nie denerwuj.
Och, rozumiem go.
To jest przerażające. Poczucie bezdennej pustki, gdy lubi się mieć kontrolę, a nie sprawuje się jej w czymś tak ważnym i intymnym jak seks. Gdy na co dzień jest się pewnym siebie, wręcz władczym facetem, a w łóżku patrzy się bezradnym wzrokiem. Gdy chce się nadzorować wszystko, a nie wie, jak to „wszystko” ma przebiegać. Tylko że to nic nie zmienia. Ja jestem dziwką. Nie mnie go oceniać.
- Rudolph? – szepnąłem. – Rudolph – powtórzyłem głośniej. – Przestań mnie dotykać na chwilę.
Sięgnąłem drugą ręką do tyłu, łapiąc nadgarstek jego ręki błądzącej po moich plecach. Każdy jego dotyk wyzwalał przyjemne dreszcze, ale musiałem się opanować. Ten taniec ja prowadzę. Kobiety muszą mieć lepiej – zwykle to na faceta spada cała odpowiedzialność, ona może się zapomnieć w rozkoszy. Właściwie nawet powinna. Nic tak nie doprowadza mężczyzn do euforii, jak widok jego kobiety doprowadzonej do szału tym, co jej zrobił.
Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie to szał wywołany zniszczeniem dywanu lub olaniem obiadu u mamusi.
- Nie posuniemy się dalej, jeśli będziesz się denerwował – mruknąłem, głaszcząc go niespiesznie po twarzy. Wyczułem sztywność jego ramion, napięcie mięśni. Był zdenerwowany. Musiał być.
Odchyliłem się do tyłu, ciągnąc go za sobą na łóżko. Leżeliśmy teraz do góry nogami względem poduszki – ja na plecach, Rudolph właściwie na mnie. Czułem na udzie jego twardego penisa i przełknąłem ślinę. Pchnąłem go lekko na bok, układając na plecach, i zacząłem całować.
Ostrożnie, delikatnie i z pasją. Wsuwałem ostrożnie język pomiędzy jego wargi, koniuszkiem dotykając jego własnego, opuszkami palców sunąc po krzywiźnie jego bladych, pokrytych bliznami ramion. Drażniłem go lekko paznokciami, nie robiąc jednak nic więcej. Chciałem, by się odprężył. Bez tego daleko nie ujedziemy.
- Mogę tak z tobą leżeć do rana – szepnąłem mu do ucha. W nagłym odruchu wyciągnąłem ramię i objąłem go, zarazem przerzucając nogę przez biodro mężczyzny. Leżeliśmy spleceni w uścisku – czy raczej to ja go oplatałem jak winorośl.
- Dobrze mi tak – wypaliłem, ku swemu zdziwieniu zdając sobie sprawę z tego, że mówię prawdę. Było mi dobrze. To było dziwne i miłe przeżycie.
Oczywiście jutro będę w najlepszym razie traktował je tak, jakby zdarzyło się milion lat temu i komuś innemu. Pamiątka z wycieczki do innego życia.
- Rudolph… - mruknąłem bez kontroli nad własnym ośrodkiem mowy, opierając czoło o jego czoło. – Jesteś piękny. Naprawdę.
Pojęcia nie mam, dlaczego to mówię. Chyba dlatego, że kobietom w łóżku należy powtarzać, jak bardzo są piękne, cudowne i jedyne w swoim rodzaju. Mężczyznom chyba też. A może po części też dlatego, że była to prawda. Rudolph był pięknym mężczyzną… diabłem.
Co prawda nie mam porównania, bo nie widziałem innego diabła, ale…
Podobały mi się jego ramiona. Ostre zęby. Ciemnoniebieskie teraz oczy. Mógłbym takie mieć. Nagle podparłem się na lewym przedramieniu, tak, że teraz to ja zwisałem nad nim. Z tej perspektywy, w nikłym blasku świec jego oczy wyglądały na świetliste i rozpalone gorączką.
Na ślepo wymacałem walający się w pobliżu lubrykant, z nagłym przerażeniem stwierdzając, że naprawdę chcę to zrobić. Umiejętnie wycisnąłem trochę na rękę – wiem, że to gówno szybko wysycha.
Dobrze znane, mechaniczne czynności. Kilka szybkich ruchów ręką po jego penisie. Nie odrywałem wzroku od jego oczu, dopiero teraz zauważyłem, jak pod wpływem każdego przesunięcia mojej dłoni jego źrenice zwiększają średnicę. Obserwowanie ich ruchu było znacznie bardziej podniecające niż podziwianie aktu masturbacyjnego kogokolwiek innego.
- Nie denerwuj się – wyszeptałem z ustami przy jego ustach, wpatrzony w jego oczy jak mysz w kobrę królewską. – Po prostu czuj.
Ustawiłem się precyzyjnie i powoli, naprawdę powoli opuściłem niżej, czując, jak jego penis zagłębia się we mnie. Zacisnąłem zęby. Wrażenie było intensywniejsze niż przypuszczałem, choć wcale nie władał maczugą Herkulesa. Zadygotałem, opierając łokcie po obu stronach jego twarzy.
- Za… zaczekaj – stęknąłem przez zaciśnięte zęby profilaktycznie, żeby nie zaczął mnie nagle dziko pieprzyć w emocjach. Musiało mu być cholernie ciasno. Widziałem to w jego oczach.
 
     
Rudolph
Velveteen
PAN Diabeł


Imię i nazwisko: Rudolph Domsky
Rasa i grupa: Demon, ROT
Wiek: 20-25
Orientacja: aseksualista do pierwszego razu
Typ: 50/50
Pan|sługa: -/-
Ekwipunek: marker, zippo, gumy do żucia, gumka do włosów, trochę kasy, znudzenie i zmordowanie
Obrażenia: szramki na rękach, nogach i pachwinach, kilka siniaków w okolicach lędźwi, obolały mały palec u stopy
Aktualny ubiór: wielobarwna bluza, czarna koszulka na rękaw 3/4, niemęskie jeansy kroju 'jajogniotów', czerwone trampki, chusta na mordzie.
Fabularnie: drażni Danonka.
Dołączył: 11 Sty 2014
Posty: 37
Wysłany: 2014-02-16, 15:12   

Słowa wypływające z ust chłopaka niespecjalnie go uspokajały. Teraz, gdy miał świadomość, jak naoczne jest jego zdenerwowanie nową sytuacją, spiął się bardziej i zagubił w ruchach, które wcześniej przychodziły mu z intuicyjną płynnością. Wstrzymał dłonie biegnące po miękkiej, rozpalonej skórze Rhiannona i drasnął ją nieumyślnie paznokciami, wsłuchując się w jego niski teraz głos i chłonąc kolejne emocje.
Nie dotykać go? Czemu? Nie chciał przestawać. Całym sobą pragnął trwać przy szczupłym ciele rudzielca i odnajdywać wszystkie zakamarki, które wzmagały drżenie i urywały na chwilę płynność oddechu. Z pewnym ociąganiem dał odjąć nadgarstek od jego pleców, krzywiąc twarz w grymasie niezadowolenia, czy nawet zawodu. Wyobrażał sobie, że teraz, kiedy już było dobrze, wystarczyło nie poprzestawać i wzmagać narastające napięcie.
Ze stęknięciem wylądował na długim ciele, w ostatnim momencie stopując się podporą z rąk. Wlepił pociemniałe spojrzenie o nierozumiejącym wyrazie i przesunął się nieco ku górze, tym razem już umyślnie sunąc wzwodem po udzie chłopaka. Ułożony na plecach strzelił kolejną, niezadowoloną minę, nie mogąc się już jednak powstrzymać od komentarza.
- Na tym to polega? Będziesz mnie odpychał za każdym razem, kiedy się zbliżę? Nie podoba mi się ta gra, Rhiannonie.
Ten jednak nic już nie powiedział. Przysunął się i lekko musnął pogryzione wargi, inicjując w jakimś stopniu pocałunek intensywniejszy od wcześniejszych. Była w nim dziwna prośba, niewerbalny przekaz. Miał zamilknąć i dać mu pracować, co też niechętnie uczynił. Ułożony na plecach, ruszył się dla znalezienia wygodniejszej pozycji i odbierał. Nie przytrzymał Rhiannona, gdy ten się odsuwał, nie zaprotestował na paznokcie usuwające się z jego ramion. Gdy ten, w nagłym przypływie rozleniwienia i czułości, wypowiedział słowa, których już za kilka godzin pożałuje, Rudolph także nie poczynił żadnego ruchu w kierunku rozwiania jego obaw, bądź przytaknięcia niedorzeczności. Przyjmował komplementy, odwzajemniając spojrzenie i wyraz twarzy. Chłopak nie musiał nic mówić, demon zdawał sobie sprawę z własnej inności i tego, jak nieraz działa to na ludzi. Bądź co bądź miał w sobie w jakiejś tam setnej krew upadłego anioła. Warunkowało to istnienie pewnych niedostępnych ludziom aspektów piękna, szpeconych jednocześnie przez naturę i rasę.
I dopiero gdy ten przesunął chłodną i wilgotną od żelu dłonią po penisie mężczyzny, Rud wydał z siebie coś więcej niż bezgłośne westchnienie. Nie odwracał wzroku, bowiem nie było potrzeby. Nie wstydził się, nie burzył, nie rumienił. Wypieki na jego policzkach, podyktowane napięciem w pokoju i zmienną zależnie od położenia temperaturą straciły nieco na mocy, kiedy rozciągnął twarz w wyrazie półniemego zdziwienia. Otworzył usta i szerzej rozwarł powieki.
Rihannon, umyślnie bądź nie, bawił się nim w sposób tak podły i tak bezwzględny, że sam demon był zdumiony. Pobudzał go ręką i jednocześnie spojrzeniem, przez co mężczyzna nie do końca wiedział, gdzie skupić większość uwagi. Zacisnął dłonie w pięści, powstrzymując się przed zabronionym mu dotykiem i oddał w całości umiejętnościom kochanka, definiując swoje położenie jedynie jako odbiornik. Było w tym coś hipnotyzującego i dopiero w momencie, gdy chłopak opuścił biodra, z ciężkim westchnieniem Rudolph pochwycił całą swoją świadomość, która przez chwile pływała sobie w niebycie.
Zagłębiał się w ciasnocie jego ciała powoli i dosyć opornie.
Było to doświadczenie bardziej nowe niż reszta doznanych dzisiaj. Jednocześnie przyjemne, jak i uciążliwe. Wraz z ruchami rudzielca odpływały strzępy samokontroli, więc zdążył jedynie zarejestrować fakt zaciskania palców na biodrach człowieka, nie pamiętając momentu, w którym się tam znalazły. Nieco bez pomyślunku, jak uczniak podniecony pierwszymi sukcesami, w pędzie przycisnął Rhiannona do siebie, wydając zduszony jęk i wiercąc się niecierpliwie.
Zaczekać?
Nie chciał. Ponownie miał żal do rudzielca, że ten czegoś mu zabrania, chociaż w pewnym stopniu jakby rozumiał jego opory. Zdecydowanie uczucie ciasnoty przeważało nad innymi i choć dla Rudolpha było to elektryzujące i podniecające, Rhi musiał podchodzić do tego z nieco innej perspektywy. W końcu to nie on wpychał się między zaciśnięte mięśnie demona.
- Nie chcę. – palce odznaczyły się białymi śladami na zaróżowionej skórze. - Chcę więcej. Daj mi to. Umiem prosić.
Chciał się unieść i przywrzeć do chłopaka, jednak nie potrafił. Nie znalazł w sobie wystarczającej siły, by dźwignąć korpus, w którym teraz gnieździło się tyle przyjemnych dreszczy. Puścił jego biodra i leniwym ruchem pochwycił ręce, na których do tej pory Rhi opierał ciężar spiętego ciała. Przesunął je i wplątał we włosy. Zdążył zauważać, jak olbrzymią przyjemność sprawia to im obu, zwłaszcza, że Rhiannon był chyba drugą, może trzecią osobą na ludzkim Padole, która nie odczuła strachu, bądź obrzydzenia maleńkimi rogami. Miał pełne prawo trwać przy nich.
Mimo jednak całej pokory, którą zamanifestował, po chwili danej chłopakowi na odsapnięcie, chaotycznie i nerwowo ruszył biodrami, unosząc je w kierunku naciskającego ciała. Sapnął przy tym jak podrażniony niedźwiedź.
Cholera, zdecydowanie mógłby tak spędzić resztę życia.
_________________
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Strona wygenerowana w 0,66 sekundy. Zapytań do SQL: 7